Niewydolność oddechowa (cz.3)

Po pomoc

Kryzys przyszedł wiosną 2016 roku.

Coraz częściej zaczęłam seriami sucho kaszleć i kichać, chwilami czułam się, jak przy pierwszych objawach grypy. W chwili zasypiania wybudzałam się i łapałam haust powietrza. W ciągu dnia musiałam kłaść się, czego nie robiłam do tej pory. Byłam coraz słabsza, zaczął mi przeszkadzać zapięty stanik, pojawił się silny niepokój psychoruchowy.

Po około 3 tygodniach w takim stanie, poszłam do lekarza rodzinnego i dostałam antybiotyk. Spytałam, co mi jest? Dostałam odpowiedź, że panują teraz różne infekcje.

Stan krytyczny - po raz pierwszy

Antybiotyk wywałał lawinę. Osłabłam tak, że moje życie ograniczyło się do łóżka. Coraz mniej mogłam jeść i pić. Po kilku dniach brania antybiotyku pojawiła się wysoka temperatura. W ustach miałam dziwny posmak trudny do określenia, bardzo nieprzyjemny, metaliczny. Czułam jakbym umierała, była zatruta.

W tym stanie zobaczył mnie na wizycie domowej lekarz, dodał kolejny antybiotyk i zwiększył dawki pierwszego. Kazał oklepywać, bo pojawiła się czysta wydzielina w oskrzeli, a ja nie mogłam już jej odkasłać. Po 10 dniach takiej terapii przelewałam się przez ręce, już zupełnie przestałam jeść, nie mogłam nawet pić – piłam odrobinę, by jakoś przełknąć leki. Zbiegło się to z długim weekendem majowym i brakiem możliwości wizyty domowej.

Niepokoił mnie ten dziwny posmak w ustach i uczucie zatrucia. Było mi już wszystko jedno i na własną odpowiedzialność odstawiłam antybiotyki.

Poczułam się na tyle lepiej, że powoli powróciła możliwość picia i stopniowo wydłużanego siedzenia w wózku. Kłopoty z jedzeniem pozostały, dziwny posmak w ustach i brak czucia normalnego smaków także. Próby przyjmowania Nutridrinków kończyły się wymiotami. Całodobowe moje wyżywienie ograniczało się do kanapki, owoca, kilku łyżek zupy. Czas jedzenia zaś, tego wszystkiego, to kilka godzin. Przy czym często było mi niedobrze i zwracałam.

Pobyt na SOR

Po ok. dwóch tygodniach trafiłam na SOR, bo flegma zatkała mi drogi oddechowe. Badania nic nie wykazały, a zmiany pozycji podczas badań pozwoliły odkrztusić i przemieścić wydzieliny na tyle, że mogłam oddychać. Lekarze nie widzieli potrzeby, bym została w szpitalu. Rehabilitant nauczył sposobu udrażniania dróg oddechowych uciskiem żeber i tak jakoś radziliśmy sobie z zaleganiem w drogach oddechowych. Po miesiącu dołączył nawracający nalot w ustach. Przepisana na to nystatyna nie pomagała. 

Trudno mi powiedzieć, że wtedy żyłam, raczej trwałam, czekając chyba już na ostateczne.

Kategorie:

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Accessibility Toolbar