Długi czas trochę bagatelizowałam rolę pulsoksymetra, bardziej zwracając uwagę na niedogodności związane z jego używaniem niż jego przydatność.
Pełne okablowanie, konieczność znajdowania się w pobliżu kontaktu, jednym słowem ograniczenia mojej i tak ograniczonej przestrzeni i możliwości minimalnego ruchu. Urządzenie stacjonarne jakie posiadałam dawało, jednak na początku, zanim „nauczyłam się” swojej niewydolności oddechowej, poczucie bezpieczeństwa. Posiada bowiem alarmy, gdy pomiary wskazują na jakiś problem. Paradoksalnie alarmy, zarówno w respiratorze, jak i pulsoksymetrze aktualnie mam wyłączone. Dlaczego? Bo okazało się, że zabierają mi sen. W przypadku respiratora alarm uruchamia się zawsze w momencie, gdy zasypiam. Wtedy zawsze doznaję bezdechu i jednocześnie blokuję w jakiś sposób wtłaczane we mnie powietrze. Alarm wybudza mnie w chwili zasypiania za każdym razem. Jedynym rozwiązaniem, bym mogła spać, było wyłączenie funkcji alarmu. Podobnie rzecz miała się np. w chwili, gdy klips pulsoksymetru zsunął się mi z palca.
0 komentarzy